Lansuj się i nagłaśniaj
Robert Jesionek
Gwarancją sukcesu jest wyrazistość. Musisz być czarny albo biały - wtedy cię znienawidzą albo pokochają, ale na pewno dostrzegą. Nieważne, czy masz rację, ważne, by o tobie mówili.
Liczy się ilość komentarzy pod wpisem na społecznościowym portalu oraz liczba kliknięć w link z twoim tekstem. Tłum internautów wprawdzie jest tylko masą, ale to dzięki jego aktywności możesz wypłynąć i zostać zauważonym przez osobę, na której ci zależy, kto wie, może nawet przez przyszłego pracodawcę.
Jeśli cokolwiek mówisz - mów głośno; jeśli piszesz - używaj kontrowersyjnych sformułowań; jeśli produkujesz soczki owocowe - napisz na etykietce, że ich smak jest intensywny; jeśli szyjesz t-shirty - koniecznie w rażących kolorach; jeśli jesteś dziennikarzem katolickim - bezwzględnie nie zapomnij napisać czegoś o seksie. Pamiętaj: piwo musi być zimne, zupa gorąca, ale ich reklama ma być tylko i wyłącznie skuteczna. Innych zasad nie ma.
Nie zapominaj, w jakich żyjesz czasach. Dzisiaj fakty nie mówią same za siebie. Dzisiaj wrażenia powalają fakty na ziemię. To nieprawda, że zawsze wygrywa najlepszy. Wygrywa ten, który otrzyma najwięcej głosów - w wyborach prezydenckich, w programie dla wschodzących gwiazd muzyki, na liczniku znajomych społecznościowego portalu. Trzeba umieć się lansować, zabiegać o sojuszników i nagłaśniać swój przekaz. Muszą cię usłyszeć, przeczytać, wygooglować. Jeśli nie ma cię w internecie, to nie istniejesz. Oto czysta ekonomia sukcesu: atrakcyjność, szczupłość przekazu, klikalność. Oto prosta recepta na powodzenie: "Ja" podane na tacy w najbardziej aktualnym zestawie ubrań, słów, autorytetów (czyt.: ciuchów, grepsów, celebrytów).
A skoro żyjemy w takiej kulturze, to któż nas powstrzyma przed odjechaną ewangelizacją na maksa! No i słyszymy różne podszepty: dostosujmy treść przekazu do sposobu bycia dzisiejszego świata, użyjmy nowoczesnych metod, gdyż w przeciwnym razie będziemy uznani za religijnych wapniaków, nikt nam nie uwierzy, potraktują nas jak spam. Co więcej, odczytajmy na nowo Ewangelię. Kto wie, może warto się zastanowić, czy wybranych fragmentów nie należałoby przerobić i "podrasować". Pora odnaleźć nowe znaczenia słów, zanim nieprzebierający w słowach uliczni manifestanci przyniosą nam swoje słowa na bejsbolowych pałkach.
Najwyższy czas na akceptację normalnych zmian, także tych w religijnym języku. Musimy bardziej wejść w świadomość zwyczajnych ludzi, musimy mówić do nich współczesnym językiem, musimy reklamować nasze wartości. Promocja rodzin katolickich? Nie ma problemu: "Na każdego singla od nas z duszpasterstwa / czeka już singielka pobożna i czerstwa". Reklama seminarium duchownego? Oto hasło przewodnie: "Za mundurem panny sznurem, za sutanną całą bandą!" Akcja promująca modlitwę różańcową? Czemu nie?: "Siała baba mak - głodem przymierała. Dziadek siał z różańcem - stodoła za mała!"
Jeśli chcesz ewangelizować, musisz być trendy! Nie tak jak nasz proboszcz - pokazuję mu mój projekt eventu ewangelizacyjnego z udziałem popowej gwiazdy i z promocją na fejsie, a on mówi, że nie tędy Droga. No tak, ale on już jest po pięćdziesiątce i nie czai, że dobrze stargetowany fanpejdż na fejsbuku zrobi mu tłum w kościele i zwiększy tacę. Założę się zresztą, że dawno już nie czytał tego: "Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" (Ap 3,14-16).
Twoja ocena:
Średnia ocen:
3.54
Liczba głosów:
24
Komentarze użytkowników (12)
Dodaj komentarzWeżmy na przykład świętych. Czy przyciągniemy konsumentów tj, wiernych stawiając świętych jako wzór do naśladowania. Nie ! Święci wzbudzają niepokój, gdyż mówią nam że chociaż nie jesteśmy doskonali, to jednak świętość jest w zasięgu ręki, co więcej tu i teraz, ale niestety musimy się zmienić. Ale konsument nienawidzi przesłania, że ma coś w sobie zmienić, ta metodą konsumenta tj wiernego nie zachęcimy do kościoła. Święci po prostu mają nas zapraszać do ubawu, zamiast znękanej miny mają nam pokazywać miny radosne i zadowolone.
Albo Ukrzyżowany. Czy zbolała miną zachęci konsumentów tj wiernych do wejścia ko koscioła ? Nie, a nawet odstraszy. Trzeba zmienić wyraz twarzy Ukrzyżowanego na zadowolony i niech mruga do nas z krzyża "Ja mam fan i jest cool, więc jesli chcecie tez mieć fan i ubaw, to idźcie za Mną".
Zapewniam, że konsumenci tj wierni, zaczną walić drzwiami i oknami i rychło kościołów zabraknie.
a czy nie można inaczej... bez spierania się, ani krzyku, nie łamiąc trzciny zgniecionej ani nie gasząc knota tlejącego się ... ?
można, jednak wówczas trudniej, bo trzeba mega mocno ruszyć głowami i solidnie dopracować, o ileż łatwiej wejść w stare koleiny i rozpychać się łokciami na śmierć i życie - wyraziście ;-)






