Oddajcie mi moją muzykę!

Krzysztof Onak

(fot. Juan G. Hurtado / flickr.com)

ZOBACZ TAKŻE

Historia ograniczeń, które próbują narzucić korporacje sprzedające dostęp do dóbr kultury, to historia żenujących pomysłów. O ile do tej pory ofiarami byli głównie ci, którzy tak jak ja nierozsądnie powierzyli tym korporacjom swoje pieniądze, to teraz ofiarami możemy być wszyscy.

 

Ciągle trwają dyskusje na temat porozumienia międzynarodowego ACTA oraz amerykańskich projektów ustaw SOPA i PIPA. Nie spodziewałem się, że zmobilizuję się, aby cokolwiek w tej sprawie napisać, ale skłoniły mnie do tego zarówno zadziwiająco agresywne wypowiedzi członków Platformy Obywatelskiej, wliczając w to premiera Tuska, jak i to, co ojciec Krzysztof Mądel pisał w tej sprawie na portalu DEON.pl.
 

Niestety żyjemy w świecie, w którym w coraz mniejszym stopniu jesteśmy właścicielami tego, co kupiliśmy, a nowe regulacje mogą ten stan rzeczy tylko pogłębić. W przypadku dzieł kultury - wliczam w to filmy, muzykę i książki - największym problem są mechanizmy mające na celu zabezpieczenie ich przed kopiowaniem. Nie wiem, czy istnieje powszechnie przyjęta polska nazwa, ale po angielsku tego typu mechanizmy określane są terminem "Digital rights management" (w skrócie DRM). Chociaż głównym celem takich środków jest zazwyczaj utrudnienie życia tym, którzy chcą nielegalnie rozprowadzać dane dzieło, to w praktyce najbardziej cierpią ci, którzy legalnie je zakupili. Nielegalnie rozprowadzane kopie są zazwyczaj pozbawione żadnych ograniczeń i dostępne w dobrze znanym formacie, który łatwo odtworzyć i skonwertować do innych formatów. W przypadku legalnych kopii, mechanizmy DRM w większości przypadków znacząco ograniczają to, w jaki sposób możemy z nich korzystać. W praktyce oznacza to ograniczenie w wyborze urządzeń i systemów operacyjnych mogących je odtwarzać. W niektórych przypadkach w ogóle nie można ich odtwarzać bez stałego dostępu do Internetu. Dodatkowo za jakiś czas może się okazać, że w ogóle nie będzie dostępnych urządzeń pozwalających na odtwarzanie danego dzieła z powodu nieudokumentowanego formatu, w którym zostało udostępnione.


Dodatki specjalne: zabezpieczenia


Wiele, jeśli nie większość, płyt DVD zawierających filmy jest zaszyfrowanych. Stało się tak zapewne z wielu powodów. Głównie miało to na celu zabezpieczenie płyt DVD przed kopiowaniem oraz, jak przypuszczam, stworzenie możliwości ustalania różnych cen na płyty DVD w różnych częściach świata. Jak to wygląda w praktyce? Aby mieć pewność, że odtwarza się takie płyty całkowicie legalnie, należy użyć licencjonowanego odtwarzacza sprzętowego lub programowego. Ze względu na ograniczenia geograficzne, może jednak nie dać się odtworzyć płyty zakupionej w jednej części świata na odtwarzaczu z innej części świata. Ponadto dla wielu systemów operacyjnych mogą nawet nie istnieć licencjonowane odtwarzacze, co jedynie pogłębia istniejące monopole.


Pod koniec lat 90-tych, norweski nastolatek Jon Lech Johansen prawdopodobnie z dwiema innymi osobami, których personalia nigdy nie zostały ujawnione, stworzył program łamiący zabezpieczenia filmów na DVD i kopiujący je na dysk twardy. Czekała go za to kilkuletnia batalia sądowa. Zaowocowało to również pozwami przeciwko osobom w USA, które umieszczały w internecie tego rodzaju oprogramowanie lub tworzyły do niego odnośniki.


Obecnie do łamania zabezpieczeń filmów na płytach DVD używa się metod innych niż ta upubliczniona przez Johansena. Dzięki temu omija się przynajmniej niektóre z potencjalnych problemów prawnych. Pomimo tego, ze względu na nieoczywisty status prawny, odpowiednie oprogramowanie często jest przechowywane na serwerach poza Stanami Zjednoczonymi, między innymi w Unii Europejskiej. Gdy wejdą w życie proponowane regulacje prawne, nagle może stać się możliwe ściganie osób udostępniających takie oprogramowanie i używających go w wielu krajach. Ponadto może stać się możliwe blokowanie dostępu do serwisów udostępniających tego typu oprogramowanie i znajdujących się w innych krajach. Czy nagle obudzimy się w świecie, w którym zostaną całkowicie zablokowane nasze możliwości dysponowania zakupionymi filmami na DVD według naszego uznania?


PLAY czy STOP


Pisząc ten artykuł, słucham właśnie albumu "Pocałunek mongolskiego księcia" zespołu Armia. Używam do tego celu plików mp3, które ściągnąłem kiedyś z sieci. Wszystko zaczęło się od tego, że przed laty kupiłem ten album w postaci płyty kompaktowej. W rzeczywistości firma Pomaton EMI sprzedała mi produkt "kompakto-podobny". Informuje o tym zresztą okładka płyty, ale nierozważnie zignorowałem ostrzeżenie. O ile dobrze rozumiem zastosowany mechanizm, płyta jest uszkodzona w niewielkim stopniu tak, aby zwykłe odtwarzacze sobie z nią radziły, ale żeby stanowiła barierę nie do przejścia dla kogoś próbującego ją odtworzyć na komputerze. Jednocześnie na płycie znajduje się dosyć toporne oprogramowanie, pozwalające na odtwarzanie jej w systemie Windows, którego zazwyczaj nie używam do pracy (a na najnowszym komputerze nie mam go w ogóle). Niestety nie zadziałały najprostsze metody obejścia zabezpieczeń i ostatecznie, by móc tego albumu słuchać na moim komputerze, ściągnąłem go z sieci. Użytkownicy systemu Windows nie mogą jednak spać spokojnie, bo nikt im nie zagwarantuje, że oprogramowanie do odtwarzania płyty będzie działało w następnej wersji systemu Windows.


Moją przygoda z firmą Pomaton EMI w żadnym przypadku nie dorównuje kryminalnemu przypadkowi z udziałem spółki Sony BMG. Przez pewien czas płyty kompaktowe sprzedawane przez nią instalowały na komputerach użytkowników całkowicie bez ich wiedzy oprogramowanie, które miało zabezpieczać te płyty przed kopiowaniem. Oprogramowanie to stosowało cały repertuar metod znanych wcześniej głównie z wirusów i innych rodzajów złośliwego oprogramowania, aby ukryć swoje istnienie w systemie. Co gorsze, poza tym, że zużywało zasoby systemowe nawet wtedy, gdy użytkownik nie odtwarzał płyty kompaktowej, to było napisane na tyle kiepsko, że pozostawiało luki w zabezpieczeniach systemu, które mogły być wykorzystane przez wirusy, oraz mogło doprowadzać do niekontrolowanych błędów w systemie.


Co złego w tym, że ktoś korzysta z zakupionej przez siebie muzyki w wybrany przez siebie sposób? Kogo krzywdzi to, że stworzy pliki w formacie, który może odsłuchać na przenośnym odtwarzaczu muzyki?


Coraz mniej praw


Zadziwiająca rzecz przydarzyła się klientom internetowego sklepu Amazon. Amazon oferuje urządzenia Kindle do czytania książek elektronicznych. Choć książki elektroniczne mają być ponoć lepsze od zwykłych książek, nietrudno zauważyć, że takich książek nie można pożyczyć znajomym, odsprzedać po ich przeczytaniu albo nawet przekazać za darmo w celach dobroczynnych. Klienci, którzy zakupili powieści Orwella "Rok 1984" i "Folwark zwierzęcy", odkryli pewnego dnia, że zniknęły one z ich urządzeń Kindle. Okazało się, że wydawca, który sprzedawał je poprzez sklep Amazon, nie miał do tego prawa. W związku z tym Amazon, zainspirowany zapewne fabułą "Roku 1984", skasował je zdalnie z urządzeń klientów, by zmienić historię na taką, w której czytelnicy nigdy ich nie posiadali.


Przykłady można by mnożyć niemal w nieskończoność. To tylko kilka przypadków pokazujących, że tak naprawdę mamy coraz mniejsze prawo do rozporządzania tym, co zakupiliśmy. Gdyby politycy dbali o zwykłych odbiorców kultury, to zakazaliby mechanizmów DRM. Szkodzą one tylko zwykłym użytkownikom, a nie stanowią większej przeszkody dla piratów. Tymczasem proponowane regulacje prawne mogą między innymi utrudnić dostęp do narzędzi umożliwiających obchodzenie DRM i swobodne korzystanie z zakupionych dóbr kultury.


Historia ograniczeń, które próbują narzucić korporacje sprzedające dostęp do dóbr kultury, to historia żenujących pomysłów. W związku z tym, że mechanizmy DRM okazały się wielce nieskuteczne, korporacje te inspirują i wspierają regulacje prawne, których nie widzieliśmy nigdy wcześniej. O ile do tej pory ofiarami byli głównie ci, którzy tak jak ja nierozsądnie powierzyli tym korporacjom swoje pieniądze, to teraz ofiarami możemy być wszyscy. W dyskusji nad nowymi regulacjami mówi się ciągle o krzywdach dotykających te korporacje, a pomija całkowicie krzywdy wyrządzane przez te korporacje zwykłym odbiorcom kultury. Czy czyjeś prawa autorskie naprawdę uzasadniają wszystko? Czy każdy musi być traktowany jak potencjalny przestępca? Co będzie następne, gdy proponowane ostatnio regulacje spowodują, że dostawcy Internetu zostaną zmuszeni do monitorowania tego, co przesyłamy? Czy Poczta Polska zostanie poproszona o przeglądanie naszej korespondencji?

 

Autor zezwala na rozpowszechnianie artykułu pod warunkiem zaznaczenia, że początkowo ukazał się on na portalu DEON.pl. Przy kopiowaniu można usunąć drugie zdanie. O ile to możliwe, autor prosi o dodanie linku do oryginału.

 

Krzysztof Onak pracuje obecnie na Carnegie Mellon University w ramach stypendium z Simons Foundation. Wcześniej obronił doktorat z informatyki teoretycznej na Massachusetts Institute of Technology. Podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim, wygrał razem z kolegami z uczelni Akademickie Mistrzostwa Świata w Programowaniu Zespołowym. Otrzymał dyplom Ministra Spraw Zagranicznych za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie.

Czytaj dalej...

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.88

Liczba głosów:

40

Komentarze użytkowników (15)

Dodaj komentarz
2012-02-06 06:46:02 | Cytuj | Zgłoś
~K.O.
Mam nadzieję, że nie będzie potrzebna ustawa zakazująca wyłamywania zamków w samochodach czy otwierania cudzych drzwi wytrychami.


Nie sądziłem, że może to kogoś zaskoczyć, ale włamywanie się do cudzego samochodu czy domu już obecnie jest przestępstwem. Natomiast używając takich analogii, zakazowi obchodzenia DRM najbliżej do zakazu włamywania się do własnego samochodu lub własnego domu. Cokolwiek by nie sądzić o takim zakazie, ograniczałby on to, w jaki sposób możemy dysponować swoją własnością.

Może uważasz, że to rząd powinien płacić pensje zespołowi Armia i dopłacać koncernowi do kosztów wydawania, aby sobie każdy mógł kopiować i powielać. Przykro mi bardzo, ale tutaj zaoponuję.


Nie wiem dlaczego piszesz to, cytując mój komentarz, bo najwyraźniej dyskutujesz z wyimaginowanym adwersarzem, który ma całkowicie inne poglądy niż ja.

Osobiście uważam, że utrzymywać zespół Armia powinni ci, którzy są jego fanami. Podobnie jak producent konserw powinien zarabiać na konsumentach konserw, a nie na innych. Bo ja nie jestem fanem tego zespołu i nie znam powodów, dla których rząd miałby z moich podaktów dopłacać do zespołu Armia i producentowi płyt.


To strzelasz sobie w stopę, bo to własnie koncerny fonograficzne i inne chcą za Twoje podatki bronić swoich praw, inspirując i popierając bardzo daleko idące ograniczenia.
2012-02-06 06:36:15 | Cytuj | Zgłoś
~K.O.
Oczywiście, że zabezpieczenia chronią praw koncernów, ale także praw autorów. Przecież koncern płaci autorom pieniądze, które ma ze sprzedaży płyt. A niby z czego ma płacić ?


Cytat z artykułu:
"W dyskusji nad nowymi regulacjami mówi się ciągle o krzywdach dotykających te korporacje, a pomija całkowicie krzywdy wyrządzane przez te korporacje zwykłym odbiorcom kultury."
2012-02-04 09:43:42 | Cytuj | Zgłoś
~leszek
Myśle sobie, że np. wspólcześnie sprzedawane samochody sa wyposażane przed producentów w rózne przemyślne klucze, systemy i blokady,aby maksymalnie utrudnić życie złodziejom. Im samochód droższy, tym na ogól te zabezpieczenie bardziej wymyślne. Złodziej, aby wejść w posiadanie samochodu musi oczywiście samochód pozbawić czy zdezaktywować te zabezpieczenia, co jest oczywiste. Więc zdaniem autora, producenci samochodów powinni przestać się wygłupiać i i nie montować tych urządzeń. Dzięki temu każdy będzie mógł wsiąść do dowolnego samochodu, bez stresu, trudu, znoju i sobie pojechać w dolną stronę świata, w góre, w dół, w lewo i w prawo jak mu w duszy zagra i będzie super.



Leszku, nie dostrzegasz tej subtelnej (dla Ciebie) różnicy, że zabezpieczenia samochodów przed kradzieżą chronią ich nabywców przed złodziejami. Zabezpieczenia płyt kompaktowych chronią ich producentów i wymierzone są (także) przeciw nabywcom. Jedną z ważnych myśli tego artykułu jest to, że nabywcy są coraz mniej właścicielami dóbr które nabywają. Podany przez Ciebie przykład świadczy o tym, że nie dostrzegasz (lub nie chcesz dostrzegać i nie chcesz by inni dostrzegli) tego niepokojącego zjawiska.

Przykro mi bardzo, ale to mylisz pojęcia. Czym innym jest muzyka (wartość niematerialna) a czym innym nośnik/medium. Jeśli kupujesz płytę, to kupujesz nosnik (kawałek platiku) i prawo do prywatnego słuchania muzyki na tym nośniku. Za nośnik (kawałek plastiku) zapłaciłeś i sobie możesz robić z nim co ci w duszy gra, nawet zjeść. Ale nie kupiłeś muzyki, a wyłącznie prawo do jej słuchania. Prawa autorskie do muzyki mają autorzy, zaś majątkowe, ten kto je ma lub kupił. Ograniczenia DMR dotyczą prawa słuchania muzyki, aby muzyki na nośniku słuchał ten, co za to zapłacił. Oczywiście, że zabezpieczenia chronią praw koncernów, ale także praw autorów. Przecież koncern płaci autorom pieniądze, które ma ze sprzedaży płyt. A niby z czego ma płacić ? 
2012-02-04 09:33:01 | Cytuj | Zgłoś
~leszek

Za to w tej chwili w USA jest już prawo zakazujące obchodzenia zabezpieczeń DRM: "Digital Millennium Copyright Act". Odnosząc się do reszty Twojego komentarza, uchwalenie go też kosztowało podatników. 

Zgadza się, ale ten koszt wymusili ci, co obchodzili te zabezpieczenia. Mam nadzieję, że nie będzie potrzebna ustawa zakazująca wyłamywania zamków w samochodach czy otwierania cudzych drzwi wytrychami.
Nic nie wiem, żeby zabezpieczenia DMR komuś zabraniały słuchania muzyki. Jeśli uważasz, że tak nie jest to najprościej zwróć się do zespołu Armia, dlaczego sprzedali prawo dystrybucji koncernowi, który to stosuje. Zaryzykuję stwierdzenie, że odpowiedzą, że sprzedali temu, kto najwięcej zapłacił. I jakoś piana na ustach mi nie występuje, w całości akceptuję takie myślenie. Co więcej zaryzykuję stwierdzenie, że członkowie twojego ulubionego zespołu również wolą, żeby ich nagrań słuchali ci, co za to zapłacili, a nie ci, wiedzą jak surfować po sieci. Bo członkowie zespołu Armia i cała ekipa też nie zywią się powietrzem i nie jedzą trawy między koncertami, ale musza z czegoś zyć. Co więcej, jeśli muzyka którą tworzą jest dobrej jakości i ma fanów, to wcale mnie nie oburza, że oczekują dochodów powyżej średniej krajowej, również w całości kupuję takie oczekiwania, osobiście uważam, że jakość musi kosztować.Może uważasz, że to rząd powinien płacić pensje zespołowi Armia i dopłacać koncernowi do kosztów wydawania, aby sobie każdy mógł kopiować i powielać. 
Przykro mi bardzo, ale tutaj zaoponuję. Osobiście uważam, że utrzymywać zespół Armia powinni ci, którzy są jego fanami. Podobnie jak producent konserw powinien zarabiać na konsumentach konserw, a nie na innych. Bo ja nie jestem fanem tego zespołu i nie znam powodów, dla których rząd miałby z moich podaktów dopłacać do zespołu Armia i producentowi płyt.
2012-02-04 05:46:26 | Cytuj | Zgłoś
~K.O.
  Autor sobie wyobraża, że rząd czy jakies Biuro Polityczne, ma wydawać rozporządzenie zakazujące biznesowi mechanizmów DRM.


Za to w tej chwili w USA jest już prawo zakazujące obchodzenia zabezpieczeń DRM: "Digital Millennium Copyright Act". Odnosząc się do reszty Twojego komentarza, uchwalenie go też kosztowało podatników. Na dodatek każdy kupujący dzieła kultury zabezpieczone przy pomocy mechanizmów DRM, też płaci za te mechanizmy, więc nie można wykluczyć, że zakazanie DRM ograniczyłoby koszty ponoszone przez odbiorcę kultury. Nie twierdzę jednak, że należy coś takiego uchwalać. Wolałbym, żeby dostawcy kultury sami doszli do wniosku, że nie należy prześladować swoich klientów.

Przejrzałem resztę Twoich komentarzy i naprawdę ciężko posądzić Cię od dobrą wolę w rozumieniu całej materii. Jesteś za to doskonały w przypisywaniu mi rzeczy, których nie powiedziałem.
Zobacz wszystkie komentarze na forum

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?